Macie znajomych, którzy (często mimo szczerych chęci) nie
są zbyt dobrzy w graniu? Na pewno macie. Musieliście spalić buraka, gdy kumpel
nie ogarniał najbanalniejszego QTE albo trzynasty raz zabierał się za tą samą
platformę w ostatnim Raymanie (może zły przykład, bo to akurat w miarę trudna
gra). Okazywaliście litość przechodząc
mu bossa? Również na pewno, od czego ma się kumpli w końcu, pomóc trzeba, nawet
z oznaką rozczarowania na twarzy. Ale na każdego Matyska przyjdzie kryska, a Wy
się odgryziecie – postawicie koleżkę przed wyzwaniem, które całkowicie go
przerasta i do tego wmówicie, że przejść musi i basta, to obowiązek prawdziwego
gracza. Złośliwość z przyjaźni, bardzo przydatna cecha.
Dark Souls? Mainstream, rozeznana pułapka. No i uczciwy
tytuł wobec gracza. A może by tak jakieś delikatne retro? Dwie generacje do
tyłu, nie więcej, bo zawsze można takie Marianowe Lost Levels, ale tego
nieprzyjacielowi nawet bym nie podrzucił. A lubi kumpel horrorki? Jak lubi, to
mam propozycję.
Dla niego i dla Was. Dla siebie również, wciąż tkwię w
tym bagnie.
Motyw jest taki, że wraz z przyjacielem, Bartoszem
„Omaszem” T., chodzącą encyklopedią horrorów swoją drogą, raz na ruski rok
łączymy siły, by zaliczyć zagubioną w otchłani czasu pozycję z jego podwórka.
Do tej pory koronnym klejnotem naszych wirtualnych wyzwań było Rule of Rose.
Tytuł możecie kojarzyć z małej aferki w polskich mediach; gra eksponowała
przemoc wobec dzieci (nie eksponowała, ale co ja wiem) i ostatecznie dostała
bana na europejskim rynku. Szkoda w tym momencie czasu na podręczniki historii.
Sęk w tym, iż szanse na upolowanie za ludzką cenę Rule of
Rose obecnie graniczą z szóstką w totku. Obaj ślinimy się, widząc w marzeniach
takiego białego kruka na swoich półkach (ja – swojej, Omasz – swojej, a
najlepiej jakby drugi nie miał, jasna sprawa). I nie wykluczamy, że kiedyś
któregoś dopadnie mgiełka szaleństwa, któryś kliknie na eBayu („- Powstrzymaj
się! Przemyśl to! / - Już chuj, kliknąłem”), któryś tego ultrarzadkiego
średniaka (bądź co bądź) zdobędzie. Bo przechodziliśmy kopię piracką. Zanim
zmieszacie mnie z błotem, sprawdźcie, proszę, ceny. Inaczej dyskusja nie będzie
miała najmniejszego sensu.
Sama gra, choć ewidentnie niedokończona, sklecona
naprędce i koszmarnie zbugowana, za sprawą swojej unikalności oraz zaskakująco
głębokiego scenariusza graniczyła z mistycyzmem. Można było mieć pewność, że w
danej chwili jesteśmy jedynymi ludźmi w Polsce (a może i kilka państw dalej)
ogrywającymi Rule of Rose. Jako jedni z nielicznych próbujemy rozgryźć jej
fabułę, jako wyjątkowi słuchamy jej (pięknej) ścieżki dźwiękowej. Mozolny
postęp, wymuszany koniecznymi przerwami od gameplayu, zamienił tygodniową
posiadówkę przed konsolą w jedno z najsilniejszych wspomnień dotyczących
wirtualnych horrorów.
Ale o tym byłoby dwa lata temu – gdybym już wtedy nosił
się z blogowaniem.
Minął kawałek czasu, zdążyłem skończyć studia, ale ani
Rule of Rose dalej nie posiadam na półce, ani nie znudziło mi się organizowanie
„mrożących krew w żyłach” (czyt. frustrujących) wieczorów z Omaszem. Nic nie
zwiastowało jednak przełomu w tym roku. Skończyliśmy Siren: Blood Curse na
PlayStation 3, Omasz własnoręcznie sprawdził P.T. na zwiezionej przeze mnie do
rodzinnego gniazda Żylecie, cofnęliśmy się w czasie z obrzydzeniem na buźkach
za sprawą Cold Fear z PS2, odfoliowaliśmy ZombiU. Regularny horroromaratonek w
naszym wykonaniu.
Wiadomość od Omasza na Messengerze: ktoś wyjątkowo tanio
sprzedaje na Allegro Forbidden Siren, pierwowzór zaliczonego właśnie Blood
Curse, który pamiętałem jeszcze z karaibskiego okresu własnej szczylowatości.
„Bierę” – odpisałem zwięźle i wkrótce mogliśmy do konsoli włożyć płytę mającą
śnić nam się po nocach przez resztę wakacji.
Tak, doczekaliśmy się.
Forbidden Siren to pozycja pod kilkoma względami absolutnie
wyjątkowa. Nie za sprawą technicznych baboli (te są, ale na poziomie
akceptowalnym dla gry z ery szóstej generacji konsol) czy intrygującej warstwy
fabularnej (ot, w miarę standardowa historia o fatalnym w skutkach rytuale, po
prostu podana achronologicznie i z kilkunastu rozstrzelonych w przestrzeni
ujęć). Nie w sposób Rule of Rose zatem. To nie frapująca baśń z łamiącym
męskość soundtrackiem, o której już nikt nie pamięta. Forbidden Siren 2 i
Siren: Blood Curse dokumentują, że Sony o swojej odpowiedzi na Silent Hill
pamiętało, a ludzie wracali po więcej. Ilu jednak ogarnęło pierwowzór? Ilu
dobrnęło w nim w do pierwszego węzła i tam odpuściło? Ilu odpuściło po pięciu
godzinach kluczenia bez sensu po zaliczonych już kilkukrotnie lokacjach?
Podobne pytania mnożą się w mojej głowie każdego dnia z jednym, tym
najważniejszym, kładącym gargantuiczny cień na wszystkie pozostałe: ile osób
ukończyło Forbidden Siren..?
Siren (lepiej brzmiąca wersja z „forbidden” na początku
to zasługa europejskiego oddziału Sony oraz relikt czasów, gdy jedna gra nosiła
inne tytuły w innych regionach) to gra, której nie przejdziesz. Dokładnie. Przynajmniej
nie bez porządnego guide’a. To pierwsze dwie Zeldy albo oryginalny Metroid w
szatach z dreszczowca i młodsze o ponad piętnaście lat. Rzecz bezlitośnie
zaszyfrowana. Drwiąca z zagubionego gracza. Skropułów nie okazująca, gdy padasz
na kolana i błagasz o jakąkolwiek wskazówkę.
W trakcie „normalnej” gry (o tym więcej za chwilę)
Forbidden Siren posłusznie wypełnia wszystkie założenia survival horrorów epoki
„przed-amnesiowej”; jest latareczka, amunicja na wyczerpaniu, bieganie w kółko
i fatalne pojedynki na szpady (w tej roli pogrzebacze, siekierki, rurki i
kijki), więc albo ktoś łyka, albo nie, ale dostosować się można. Tutejsze
potworki (Shibito – zombie po japońskich grzybach) padną po strzale w głowę,
lecz minutka czy dwie i znowu maszerują po ściśle wyznaczonych torach w
poszukiwaniu gracza. Lubią broń palną, a celując ze strzelby widzą nawet
poprzez mgłę. Choć krew im tryska z oczu, to gracz byłby sobie gałki wydłubał,
gdy dostaje śmiertelną kulkę od zombie-olimpijczyka-króla-strzelców sprintując
leśną ścieżką między drzewami. Checkpointów jak na lekarstwo, zaś margines
błędu tak mały, iż często trzeba misję wykuć na blachę. Takie tam roki 2004.
Trudne, ale nie niemożliwe. Samozaparcie mamy w genach, wszak dojrzewaliśmy
wraz z konsolowym horrorem.
Nauczyliśmy się mechaniki podczas kilku pierwszych misji
(FS podzielono na kilkadziesiąt epizodów), wtedy też doceniliśmy gęstość
serwowanego nam klimatu oraz szczególny nacisk na „survival” (idzie się
spocić). Wstępne, niezłe wrażenie zastąpiło przekonanie, że to bardzo dobry,
choć odrobinę zakurzony tytuł. Jakże zatem opisać wyraz mojej twarzy, gdy gra,
niewiele tłumacząc, wymusiła na mnie powtórzenie raz zaliczonych misji? Na
przykład dlatego, że wcześniej na północno-wschodnim krańcu mapy nie znalazłem…
śrubokrętu. Chwilowa konsternacja.
Szybko okazało się, że powtarzanie zadań to nasze
najmniejsze zmartwienie. O wiele gorzej, gdy nie wiesz, do której lokacji w
której godzinie wrócić, jaki przedmiot znaleźć lub które drzwi odblokować, by
popchnąć jakoś ten cyrk do przodu. Gdy KAŻDA z zaliczonych misji ma swoją
alternatywną ścieżkę z nowym poleceniem – czasem tak niejasnym, że konieczna
była przerwa na papierosa. Wielka tabelka chronologii z dziesiątkami linii
wiążących jeden kafelek z drugim. Można być dobrym graczem, ba!, można być
graczem wybitnym, ale w Forbidden Siren umiejętności często decydują o sukcesie
ostatnie.
Szczególnie zachwyca mnie w tym kontekście akcja „Wąż
ogrodowy w szpitalu”. Jako wyjątkowo odpychająca postać, nauczyciel Tamon
Takeuchi (mimo iż bohaterów jest ponad dziesięciu, zapamiętasz wszystkie imiona
– chcąc lub nie) odwiedzamy obowiązkowy szpital. Misja pierwsza: zabić kreaturę
bossopodobną. Pestka. Misja druga: znaleźć album. Pomieszczenie po
pomieszczeniu – jest, widać, pod kratką w podłodze, Tamon nie dosięgnie.
Gatunkowe standardy uczą, że w takich sytuacjach brakuje innego przedmiotu – narzędzia,
którym album spod kratki wygrzebiemy.
Skracając: żadnego przedmiotu już w szpitalu nie
znajdziesz. Cokolwiek potrzebne jest w tej niewygodnej sytuacji, szukaj wiatru
w polu poprzednich, ponoć scalakowanych misyjek. Poprzednie wydarzenie dla tej
postaci (nie takie już łatwe) schowało przed naszym wzrokiem węża ogrodowego.
Tak, wąż będzie naszym narzędziem. Powtarzamy zatem dwukrotnie wykonaną misję,
znajdujemy węża. Wracamy do szpitala, odnajdujemy raz jeszcze felerny albumik i
naparzamy krzyżykiem dookoła jak oparzeni. Żadnego skutku. Nigdzie Tamon węża
użyć nie zamierza.
Tutaj rozwiązanie trochę łatwiejsze. Trzeba odwiedzić
pomieszczenie dokładnie piętro wyżej i tam użyć węża. Podpowiadają nam
Internety, rzecz jasna, to nie pierwsza sesja w Siren, i tak wiemy, że
większość zagwozdek nas przerasta. Po schodach, pod drzwi, do środka i… Żadnego
środka, bo drzwi zamknięte.
Inna postać, która odwiedza szpital nieco wcześnie, musi
znaleźć klucz, otworzyć drzwi. Szkopuł pierwszy – nie „musi”, tylko może, bo to
zadanie poboczne, o którym gra nie wspomni. Szkopuł drugi – misji dla tej
postaci jeszcze nie odblokowaliśmy. „Jesteśmy zgubieni” na czas nieokreślony,
gdy wśród innych zadań nie znajdziemy mechanizmu prowadzącego odpowiednią
postać do naszego ukochanego szpitala. Czy Forbidden Siren chce, żebyśmy w
końcu otworzyli nasze drzwi i użyli węża ogrodowego? Nie chce.
Statystyczny gracz po kilku podobnych akcjach, a może
nawet przy pierwszej pętli (oczywiście, gra drwi sobie z nas na tyle, by swoim
zaszyfrowanym wygibasom nadać nawet poważną nazwę) prawdopodobnie z dalszej
krucjaty w wiosce Hanuda zrezygnuje. Albo dotrwa do pierwszego wyzwania na czas
i zabraknie mu sił, by powtarzać je czterdziesty siódmy raz. Statystyczny gracz
nie ma tutaj czego szukać, dla niego przygotowano ugrzeczniony, casualowy wręcz
rimejk (Blood Curse). Na szczęście trafiła kosa na kamień. Czy „kamienie”, nie
zapominając o Omaszu. Gramy już ponad czternaście godzin, wyszliśmy z
niezliczonej ilości pętli, powoli brnąc w stronę upragnionego, majaczącego
gdzieś na skraju horyzontu finału.
Jakim cudem coś tak skomplikowanego wyszło spod skrzydeł
wewnętrznego studia japońskiego giganta? Kto przymknął oko i krzyknął radośnie:
„A co tam! Niech się męczą!” Forbidden Siren to łabędzi śpiew gier „złych”,
niejasnych, kłamiących, bijących nas po twarzy. Które w pewnym momencie chcesz
już skończyć nie dla zabawy czy zabicia czasu. Który chcesz skończyć, bo
czujesz się przezeń powalony na grunt. Które skończysz, bo taki już, kurwa,
jesteś.
PS: Uch. Jeszcze o Sirenie pewnie kilka razy napiszę.
Trwogą napawa mnie wpis gościa w Sieci, który twierdzi, że gra zajęła mu
łącznie sześć miesięcy (średnio sześć godzin na tydzień), stała się
ekwiwalentem wieczornego ślęczenia przy telewizorze lub porannego joggingu.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz